To była jedna z tych nocy, kiedy człowiek leży i patrzy w sufit, a myśli gonią się jak szalone. Przewracanie z boku na bok nie pomagało, liczenie baranów też nie. W końcu poddałem się, sięgnąłem po telefon i zacząłem bezmyślnie przewijać social media. Kolejny mem, kolejny kot, kolejny znajomy z chlebem na plaży w Mielnie.
Szukałem czegoś, co odwróci uwagę. Coś, co nie wymaga myślenia.
Parę dni wcześniej Kuba, mój kumpel z roboty, rzucił mimochodem przy kawie, że ostatnio wieczorami wkręcił się w jakieś gry. „Pobaw się, jak będziesz miał nudę” – powiedział i wysłał link. Wtedy nie zwróciłem na to uwagi, ale w tamtą bezsenną środę jakoś samo wpadło mi w oko. Pomyślałem: dobra, nie zasnę i tak, może to zabije czas.
Zainstalowałem to z pięć minut później. Interfejs był zaskakująco przejrzysty, nie czułem się jak kompletny noob, chociaż w życiu nie grałem w nic poza jednorękimi bandytami na wakacjach w Grecji. Wtedy zresztą przegrałem chyba z dziesięć euro i uznałem, że to nie dla mnie.
Ale tej nocy to było coś innego. Nie chodziło o wielką wygraną. Nie nastawiałem się na kokosy. Wszedłem tam z myślą: pośmieję się, poklikam, zobaczę, o co tyle hałasu. I wiecie co? To faktycznie wciąga, ale nie tak, jak myślałem. To nie był ten dziki pęd adrenaliny, tylko raczej taka przyjemna odskocznia. Zasady prostsze, niż się spodziewałem, a jak wpadłem na pomysł, żeby ściągnąć
vavada casino aplikacja na telefon, to wszystko stało się jeszcze bardziej… takie na wyciągnięcie ręki.
Pamiętam, że wybrałem jakąś grę z owocami, totalny klasyk. Głupie wiśnie, cytryny, siódemki. Grałem małymi stawkami, takimi symbolicznymi, żeby nie żal było stracić. Zasnąłem dopiero koło trzeciej, a obudziłem się rano z komórką wciśniętą w poduszkę.
Nie wygrałem wtedy niczego wielkiego. Ale coś we mnie pękło. Albo raczej – odpuściło.
Następnego dnia w pracy nie myślałem o tym. Kuba zapytał, czy próbowałem, rzuciłem tylko „spoko, wciąga na chwilę” i tyle. Dopiero wieczorem, kiedy wróciłem do domu, a w środku znowu czułem ten znajomy niepokój – cisza, pusta kuchnia, znowu tylko ja i myśli – to zamiast włączyć serial, który już znałem na pamięć, otworzyłem tę cholerną aplikację.
I to był ten moment. Moment, w którym zrozumiałem, że nie chodzi o pieniądze.
Bo w tej grze, przynajmniej dla mnie, nie liczyło się to, czy wygram. Liczyło się to, że przez dziesięć minut nie myślałem o tym, że zalegam z fakturą za prąd, że nie oddzwoniłem do mamy, że za tydzień wielka prezentacja, do której nie mam pomysłu. Liczyło się to, że byłem gdzieś indziej. Nie w moim małym mieszkaniu, nie w mojej głowie pełnej obowiązków, tylko w tym kolorowym, głupim, prostym świecie, gdzie jedyne, co musiałem zrobić, to kliknąć.
Z czasem zacząłem traktować to jak swój mały rytuał. Herbata, słuchawki na uszy, żadnego dźwięku, tylko obraz. Zauważyłem, że nie sięgam po to w desperacji, tylko z takim… rozleniwieniem. Jakby ktoś dał mi cyfrowy kocyk bezpieczeństwa. Nawet żona, która zawsze była sceptyczna wobec hazardu, przyłapała mnie raz wieczorem i zamiast zrobić awanturę, tylko pokręciła głową i powiedziała: „Przynajmniej masz wreszcie jakieś hobby, a nie tylko siedzenie w laptopie”.
Zabawnie to brzmi, ale to prawda.
Prawdziwa historia, ta, którą zapamiętam na długo, wydarzyła się dopiero po jakimś miesiącu. Był piątek, wróciłem zmęczony, ale nie mogłem przestać myśleć o awansie kolegi. Fajny gość, zasłużył, a jednak gdzieś w środku siedział ten robak. Zazdrość, ambicja, niespełnienie. Usiadłem w fotelu, uruchomiłem vavada casino aplikacja, zupełnie odruchowo. Nie chciałem grać. Chciałem tylko pobyć sam ze sobą.
Wybrałem grę, w którą rzadko grałem – coś z egipskim motywem. Faraony, piramidy, takie tam. Postawiłem symboliczną kwotę. Kręcę raz – nic. Kręcę drugi – mała wygrana, prawie symboliczna. Kręcę trzeci i nagle ekran eksploduje.
Nie dosłownie, ale animacja oszalała. Światła, dźwięki, liczby przeskakujące jak szalone. Patrzyłem na to przez dobrych kilka sekund, zanim dotarło do mnie, co się dzieje. Na koncie wyświetliła się kwota, która nie mieściła mi się w głowie. To nie była fortuna, rozumiem. Nie wygrałem miliona. Ale to była kwota, która realnie zmieniała perspektywę najbliższych miesięcy.
Zamurowało mnie.
Siedziałem tak chyba z minutę, patrząc w ekran. Myślałem, że to błąd, że zaraz ekran zgaśnie i okaże się, że to tylko żart. Ale nie zgasł. Pieniądze były tam, na koncie.
Nie zacząłem krzyczeć z radości. Nie skakałem po pokoju. Poczułem coś zupełnie innego. Poczułem, jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar, o którego istnieniu nawet nie wiedziałem. Jakby ta codzienna szarpanina, to wieczne kombinowanie „czy starczy do pierwszego”, nagle stało się mniej ważne.
Wypłaciłem większość od razu. Nie dlatego, że jestem odpowiedzialny, tylko dlatego, że bałem się, że to zniknie. Zostawiłem tam trochę, tak na pamiątkę. Część poszła na niespodziankę dla żony – kolacja w knajpie, o której marzyła od roku. Część na nowe buty dla dziecka. Część na głupie, niepotrzebne rzeczy, które zawsze chciałem mieć, ale mówiłem sobie, że szkoda kasy.
I wiecie co? Minęły miesiące. Wracam tam czasem, choć rzadziej. To już nie jest ucieczka, tylko taka przyjemność. Jak pójście do kina. I za każdym razem, gdy widzę tę ikonkę na telefonie, uśmiecham się do siebie.
Bo to nie jest historia o tym, że wygrałem pieniądze. To historia o nocy, kiedy nie mogłem spać, z nudów kliknąłem coś, co zmieniło moje myślenie. I choć brzmi to jak tani frazes, to naprawdę czasem wystarczy jeden dobry wieczór, żeby przypomnieć sobie, że życie lubi zaskakiwać.
Nawet w środku zwykłego, szarego tygodnia.