Zacznę od tego, że posiadanie bliźniaków to cud. I koszmar. Jednocześnie. Mam córki, Lenkę i Majkę, które skończyły właśnie dwa lata. Kocham je bardziej niż cokolwiek na świecie, ale po dwóch latach niemal non-stop opieki, karmienia, przewijania, usypiania, wstawania w nocy, chodzenia do lekarzy i ogarniania domu, moja psychika zaczęła przypominać szarą, postrzępioną szmatę. Mąż pracuje za granicą, wraca co trzy tygodnie na weekend. Jestem z dziewczynkami sama. Cały dzień, każdy dzień. Gdy one w końcu zasypiają, ja nie mam siły nawet na prysznic. Siadam gdzieś w kącie, patrzę w ścianę i czekam, aż znowu zaczną krzyczeć. To nie jest życie. To jest przetrwanie. Aż do tamtego wieczoru, gdy moja siostra, która mieszka w Warszawie, zadzwoniła i zapytała, czy wszystko w porządku. Skłamałam, że tak. Ona jednak wyczuła coś w moim głosie. Nazajutrz przysłała mi paczkę – nie pieluchy, nie jedzenie, tylko kopertę. W środku była kartka i dwieście złotych. Na kartce napisała: „Idź do fryzjera, kup sobie coś, zwariujesz. Mam cię za bardzo”. Na dole dopisała jeszcze coś – adres strony i dopisek: „A czasem, dla relaksu, kliknij tu. Oni mają różne kody promocyjne, możesz spróbować bez ryzyka”.
Nie wiedziałam, co myśleć. Z jednej strony – dwieście złotych od siostry, której nie stać na takie gesty. Z drugiej – jakiś adres, o którym mówiła, że to kasyno online. Na początku wzruszyłam ramionami. Ale wieczorem, gdy Lenka i Majka w końcu zasnęły (tej nocy wyjątkowo o dwudziestej pierwszej), usiadłam w salonie, w starym, wygniecionym fotelu, otworzyłam laptopa i wpisałam adres. Strona wyglądała poważnie. Zaczęłam szukać czegoś, o czym wspominała siostra. Po chwili znalazłam zakładkę z promocjami, a w niej długą listę różnych kodów. Niektóre były dla nowych graczy, inne dla stałych. Wybrałam jeden, który obiecywał darmowe spiny bez depozytu. Wpisałam go w odpowiednie pole podczas rejestracji. Okazało się, że to były
kody promocyjne vavada, które faktycznie działały. Dostałam 30 spinów. Nic nie wpłaciłam. Ani złotówki. Po prostu kliknęłam i zaczęłam kręcić.
To było surrealistyczne. Ja, matka dwójki małych dzieci, siedząca w dresie z plamą po mleku na ramieniu, kręcąca wirtualnymi bębnami w kasynie online. Nie wierzyłam, że cokolwiek z tego będzie. Po piętnastu spinach miałam 12 złotych. Po dwudziestu – 8 złotych. Po dwudziestu pięciu – 26 złotych. Nuda. Ale przy ostatnim, trzydziestym spinie, coś się zmieniło. Automat, który wybrałam – z kolorowymi klejnotami i elfami – zaczął emitować dziwne dźwięki. Ekran zamigotał. Spadły trzy identyczne symbole. Włączyła się runda bonusowa. Dziesięć darmowych spinów z mnożnikiem. Kliknęłam pierwszy – 15 zł. Drugi – 40 zł. Trzeci – 0. Czwarty – 25 zł. Piąty – 110 zł. W tym momencie zamarłam. Lenka krzyknęła przez sen, ale nie ruszyłam się z fotela. Szósty spin – 70 zł. Siódmy – 30 zł. Ósmy – 200 zł. Dziewiąty – 80 zł. Dziesiąty – 45 zł. Łącznie z bonusu? 615 złotych. Do tego doliczyłam te 26 zł z wcześniejszych spinów. Razem 641 złotych. Siedziałam w ciszy, patrząc na ekran, a moje serce waliło tak, że bałam się, że obudzę dzieci. Sześćset czterdzieści jeden złotych. Za darmo. Bez wpłaty. Z kodu, który podsunęła mi siostra. Wypłaciłam 600 złotych, 41 zostawiłam na koncie. Przelew przyszedł następnego dnia rano. Gdy zobaczyłam pieniądze na koncie bankowym, rozpłakałam się. Nie z powodu wygranej. Z powodu ulgi. Że wreszcie coś w tym moim szarym, zmęczonym, wyczerpanym życiu poszło po mojej myśli.
Ale historia nie kończy się na tym jednym wieczorze. Bo przez kolejne dwa tygodnie wracałam do tej strony. Nie dlatego, że chciałam zarobić. Dlatego, że to była moja godzina. Moja jedyna godzina w ciągu całego dnia, gdy nikt nie wołał „mama”, nikt nie płakał, nikt nie ciągnął mnie za spodnie. Gdy Lenka i Majka zasypiały, ja siadałam w tym samym fotelu, nalewałam sobie herbaty, włączałam laptopa i sprawdzałam, czy na stronie pojawiły się nowe kody promocyjne vavada. Czasem wpłacałam 50 złotych, czasem korzystałam z darmowych promocji. Raz wygrałam 180 złotych, raz 90 złotych, kilka razy przegrałam wszystko. Ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że przez tę godzinę przestawałam być matką, opiekunką, sprzątaczką, kucharką, pielęgniarką. Byłam tylko sobą. I ta świadomość była warta więcej niż jakakolwiek wygrana.
Minął rok. Dziewczynki poszły do przedszkola. Ja wróciłam do pracy – jestem graficzką, pracuję zdalnie. Mamy więcej pieniędzy, mniej chaosu, więcej spokoju. Hazard? Wciąż go uprawiam, ale w bardzo ograniczonej formie. Raz w tygodniu, w piątek wieczorem, gdy dzieci śpią, a mąż ogląda mecz, siadam do komputera. Moja zasada jest prosta – wpłacam 100 złotych, gram godzinę, a jeśli w tym czasie nie uda mi się podwoić tej kwoty, kończę. Czasem mi się udaje, czasem nie. Nie robi mi to różnicy. Bo najważniejszą wygraną nie były te 641 złotych z pierwszego wieczoru. Najważniejszą wygraną było odkrycie, że w życiu matki małych dzieci istnieje coś takiego jak czas tylko dla siebie. Że można go znaleźć nawet o wpół do jedenastej wieczorem, w starym fotelu, z kubkiem herbaty i laptopem na kolanach. Że nie trzeba być idealną. Że można czasem zrobić coś tylko dla przyjemności, bez wyrzutów sumienia. I że jeśli dopisze szczęście, to jeszcze na tym zarobisz. Ale jeśli nie – to też dobrze. Bo przegrana w kasynie boli mniej niż codzienne zmęczenie, które odbiera radość z bycia matką.
Dziś, gdy ktoś pyta mnie o tę historię, mówię: hazard nie jest dobry ani zły. Jest jak nóż – możesz nim pokroić chleb albo zrobić krzywdę. Ja używam go do krojenia chleba. I dzięki temu mam dodatkowe pieniądze na wyjście do kawiarni z mężem, na nową książkę, na kino, na które normalnie nie miałabym czasu ani siły. Ale przede wszystkim mam tę jedną godzinę w tygodniu, gdy nikt nie potrzebuje mnie w żaden sposób. Tylko ja, ekran i kulka w ruletce. Czasem wygrywam, czasem przegrywam. Zawsze jednak odzyskuję siebie. A to, wierzcie mi, jest bezcenne. Siostra, gdy jej o tym powiedziałam, uśmiechnęła się i odparła: „Widzisz, mówiłam. Czasem trzeba zaryzykować, żeby coś zmienić”. Miała rację. Choć ryzyko było minimalne – bo w końcu to tylko darmowe kody i promocje. Ale zmiana była ogromna. Od tamtej pory przestałam bać się wieczorów. Przestałam bać się ciszy po dwóch latach krzyku. Nauczyłam się, że szczęście czasem przychodzi w najmniej oczekiwanej formie – na przykład jako kod promocyjny od siostry, która martwiła się o moją psychikę. Dziękuję jej za to. I dziękuję sobie, że odważyłam się kliknąć. Dziś, gdy Lenka i Majka rysują kredkami po podłodze, a ja patrzę na nie z uśmiechem, wiem, że jestem lepszą matką niż rok temu. Nie dlatego, że wygrałam jakieś pieniądze. Dlatego, że znalazłam sposób, żeby nie zwariować. A to chyba największa wygrana, jaką matka małych dzieci może sobie wymarzyć. Więcej nie trzeba. Tyle w temacie. Idę nakarmić dziewczynki. Jutro piątek. Może znowu sprawdzę, czy pojawiły się jakieś nowe promocje. Może nie. Zobaczymy. Tak czy inaczej – uśmiecham się do siebie. I to jest najważniejsze.